sobota, 19 stycznia 2013

005

   To trwało tylko chwilę. Autobus wzbił się w powietrze, przez moment lecieli wśród chmur, gdy w pewnym momencie cały świat zniknął. Wszystko stało się białe i głuche. Vivien zaczęła krzyczeć, ale nie usłyszała dźwięku wydobywającego się z jej krtani. Nagle coś nią szarpnęło i odbiła się bokiem głowy o szybę. Zamrugała kilka razy i zauważyła, że świat zaczął powracać do dawnych barw. Z pomocą kierowcy wyszła z autobusu i stanęła na żwirze. Zaczęła rozglądać się dookoła. To miejsce nie przypominało placówek szkół, jakie dotąd znała. Wszędzie były chmury i błękitne niebo. Słońce wydawało się być bliżej niż dotychczas. Powietrze było świeże, a trawa bardziej zielona. 
- Witamy w Podniebnej Szkole - usłyszała obok siebie niski, kobiecy głos. Odwróciła się szybko, a przed sobą ujrzała mały komitet powitalny, składający się z dyrektorki, woźnego, ucznia i uczennicy, prawdopodobnie z tego samego roku. - Nazywam się Diana Scavo i jestem dyrektorką tej jakże cudnej szkoły - rzekła, podając Vivien dłoń i uśmiechając się szeroko. - To pan Hook, woźny, a to... - spojrzała na uczniów i cicho się zaśmiała. - To moja droga Michael Drag, uczeń drugiej klasy, przewodniczący szkoły, a uczennica to...
- Phoebe De Klar - uprzedziła ją dziewczyna, potrząsając radośnie głową. Jej kasztanowe włosy przycięte były do piersi i wyprostowane tak, że nie odstawał jej ani jeden włosek. - Będziemy współlokatorkami. 
   Vivien nie odezwała się ani razu, czekała tylko na przebieg wydarzeń. Uśmiechała się i przytakiwała, jakby wogóle ich nie słuchała i nie wiedziała, o czym mówią. Idiotka, pomyślała. 
- Phoebe oprowadzi cię po szkole i wszystko wyjaśni. Niczym się nie martw, będziesz się tu czuć jak w raju - powiedziała Diana i razem z woźnym oraz Michaelem wrócili do szkoły. Phoebe chwyciła Vivien za rękę i pociągnęła ją za sobą.
                                                           ***
   Pokazała jej całą szkołę i budynek mieszkalny. Łączyło je szklane przejście na wysokości około siedmiu metrów. Wszędzie, gdzie się nie spojrzało, były chmury. Vivien czuła się... Trochę dziwnie. Gdy weszły do ich pokoju, wszystkie bagaże Viv już tam leżały, niektóre nawet rozpakowane. Phoebe jednak wcale nie zwracała uwagi na minę nowo poznanej koleżanki. Właściwie prawie wogóle nie zwracała na nią uwagi. Mogłoby się wydawać, że gada sama do siebie. 
- Oj, prawie zapomniałam - rzuciła, wskakując na łóżko. - Jutro przejdziesz próbne testy i dostaniesz plan lekcji. U większości uczniów wyglądała tak samo. Wstajemy o 8:00, a o 8:30 schodzimy na parter na śniadanie. O 9:00 idziemy do klas. Ja najpierw mam historię - kontynuuje, spoglądając na plan wiszący na ścianie. - Później samokontrola, następnie samoobrona... - wylicza. - Lekcje kończą się o 13:00, a wtedy już każdy ma indywidualne lekcje, gdzie rozwija się swoją zdolność. 
   Vivien rozpakowała resztę bagaży i usiadła na łóżku na przeciw Phoebe. Rozpięła kok i przeczesała palcami włosy. Potrząsnęła lekko głową, jakby chciała odświeżyć umysł. 
- Jaką masz zdolność? - spytała Phoebe, wciąż siedząc w tej samej pozycji i przyglądając się Vivien.
- Potrafię wzrokiem poruszać różnymi rzeczami, powodować ich łamanie, wybuchanie.
- Działa to na ludzi?
- Nie wiem... Nigdy nie próbowałam.
- Spróbuj jutro w szkole - zaśmiała się Phoebe, kładąc nogi na ziemi. - Jeśli zabłyśniesz w pierwszy dzień szkoły, nie będą tobą pomiatać, jak niektórymi z nas. 
   W tej chwili z twarzy Phoebe zniknął radosny uśmiech. Pogrążyła się w ciszy, tylko jej znanej. Vivien od razu zrozumiała, że ona także musimy należeć do grona mniej popularnych nadnaturalnych. 
- Większość z nas ma moc, którą może pokazać. Te osoby najczęściej dominują w szkole. Osoby, które mają moc "w sobie" i nie potrafią jej ujawnić, są raczej skryte. A przynajmniej były, gdy mój brat chodził tutaj do szkoły. Trzymały się w grupie, na uboczu. Teraz ciągle gadają o swojej mocy i chwalą się, czego to nie potrafią. To wkurzające! - wybuchnęła. - Niektórzy przewidują przyszłość, a inni czytają w myślach. Jest jeszcze parę osób, które potrafią cofać się do przeszłości lub wędrować do przyszłości. A ja jestem jedną z tych nielicznych, które ani razu nie ujawniła swojej mocy. 
- A jaką masz zdolność? - spytała Viv, opierając łokcie na kolanach.
- Potrafię uzdrawiać - odpowiedziała, uśmiechając się blado. 
- Wspaniale! - krzyknęła Vivien, klękając u nóg koleżanki. - Gdy jutro pójdziemy do szkoły, wsadzę w kogoś nóż, a ty go uzdrowisz. Wszyscy zobaczą co potrafisz ty, a ja im pokażę, że ze mną nie warto zadzierać.
- No nie wiem... - wahała się Phoebe. Vivien spojrzała na nią i zaczęła świdrować zielonymi oczami. - Okej, zrobimy, jak zechcesz. 
   Blondynka poklepała Phoebe po ramieniu i położyła się z powrotem na łóżku, spoglądając w sufit. Może wujek miał rację? Może przebywanie z innymi nadnaturalnymi naprawdę jej pomoże? Kto wie?... 

sobota, 12 stycznia 2013

004


  Minął tydzień. Spokojny, radosny tydzień w Laxred. Dla Vivien był to najlepszy i najpiękniejszy październik w całym życiu. Codziennie rano wstawała uśmiechnięta, wypoczęta i wiedziała, że na dole czeka już na nią śniadanie i wujek, który przywita ją mocnym uściskiem i pocałunkiem w czubek blond głowy. Jednak kiedyś ta sielanka musiała się skończyć. Czym prędzej, tym lepiej i będzie o wiele mniej cierpień.
   Vivien zeszła na dół, w długiej, szkarłatnej koszuli nocnej i usiadła przy barku, czekając na wujka, który dzisiaj nie czekał na nią tak, jak zwykle ze śniadaniem. Po chwili usłyszała trzask drzwi i odwróciła głowę w stronę hallu. Ujrzała tam Thomasa z granatowym plecakiem i szarą walizką.
- Co się dzieje? - spytała zdezorientowana. Thomas położył wszystko na ziemi i usiadł obok siostrzenicy.
- Myślę, że właśnie dzisiaj nadszedł czas, aby wszystko ci wyjaśnić.
   Zielonooka siedziała wyprostowana, lekko sparaliżowana, przysłuchując się opowieści wujka.
- Miałaś rok, gdy twoi rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Byłem wtedy twoją jedyną rodziną, ale wyrzekłem się jakichkolwiek praw do ciebie. Byłem młody i głupi, nie wiedziałem, co tak naprawdę robie. Po trzynastu latach zacząłem cię szukać, bo przypomniałem sobie, że w końcu twoje zdolności muszą się ukazać.
   Vivien otworzyła usta, ale Thomas położył na nich swój palec i mówił dalej.
- Wiedziałem, że skoro twoi rodzice mieli moc, ty także musisz ją posiadać. Odnalazłem cię dopiero po roku, przyglądałem ci się przez miesiąc i doszedłem do wniosku, że masz taką samą moc jak twój ojciec. Był październik, kiedy  postanowiłem cię zaadoptować.
- A po co ta walizka i plecak?
- Szkoła trwa już od półtora miesiąca, ale na pewno się zaklimatyzujesz. Tam profesorowie nauczą cię ważnych rzeczach o twojej mocy, samokontroli, obronie, historii...
   Musiał przerwać, bo zaczęło brakować mu tchu. Oparł się ręką o blat i oddychał głęboko.
- Dzisiaj o 12:00 autobus będzie na ciebie czekać przed domem. W roku szkolnym rzadko kiedy kursuje, ale dyrektor zrobił dla ciebie wyjątek. Teraz leć szybko się spakuj, weź najpotrzebniejsze rzeczy, a ja w tym czasie zrobię dla ciebie śniadanie.
- Nie jestem głodna - rzekła głucho i wstała, zabierając ze sobą na górę walizkę.
   Spakowała większość swojej szafy, w tym dwie sukienki wieczorowe. Na siebie ubrała brązowe spodnie, do tego przewiewną, kremową bluzkę. Włosy spięła w kok i zeszła na dół, gotowa i pachnąca.
- Kosmetyki także spakowałaś? - spytał na wejściu Thomas. Vivien pokiwała głową i usiadła na schodach. Czekała na autobus, który miał zabrać ją do szkoły dla dziwadeł.
- Ty także masz moc? - spytała nagle, gdy wujek wyjawił się z kuchni.
- Rozciągliwość - rzekł i stojąc u progu kuchni, rozciągnął  rękę i otworzył wejściowe drzwi. Blondynka zrobiła szeroko miną i lekko się uśmiechnęła, jednak od razu postanowiła to ukryć. Zerknęła w stronę drzwi i ujrzała żółty autobus czekający na nią przed domem. Nie była ani gotowa, ani nie miała chęci, aby do niego wejść.
- Tak będzie dla ciebie najlepiej. Nie bądź na mnie zła - rzekł Thomas, gdy jego siostrzenica wyszła już z domu, a on zabierał jej plecak. - Nie zapomnij o książkach - rzekł i podał jej go. Raz jeszcze mocno ucałował i przytulił. - Kiedyś będziesz mi dziękować.
- Może kiedyś - odrzekła i przypomniała jej się chwila, gdy to samo mówiła Siostrze Judy. Wtedy bardzo szybko nastało to "kiedyś". Weszła do autobusu, zarzuciła plecak przez jedno ramie i usiadła wygodnie. Nagle coś nią szarpnęło i zauważyła, że leci w powietrzu. Zerknęła przez okno i ujrzała swój dom, mały jak dla lalek Barbie i wujka, małego jak mrówka. Chociaż była na niego zła, nie potrafiła go nie kochać. 

środa, 9 stycznia 2013

003

   Powolnymi krokami zbliżała się do domu, raz po raz kopiąc kamyczki, które znalazły się na drodze. Po krótkiej chwili stanęła przed czterema schodkami, które dosłownie przeskoczyła na jednej nodze. Pchnęła uchylone już wcześniej przez Thomasa drzwi i weszła do środka. Jej oczom ukazał się najprawdziwszy raj. Marmurowe kolumny, piękna dębowa podłoga, lekko zakręcane ciemne schody, ogromny salon z widokiem na jeszcze większy ogród i las. Vivien nigdy nie widziała tak dużego telewizora i wyrafinowanego gustu mężczyzny singla. Uśmiechnęła się szeroko i ruszyła dalej oglądać dom. Zagłębiła się w korytarze, by po chwili znaleźć się w pięknej, jasnej kuchni. Zobaczyła Thoma, który przygotowywał dla nich lemoniadę. Odwrócił się z wielkim bananem na twarzy i puścił oczko do Viv. Ona także odwzajemniła szeroki uśmiech i usiadła przy barku na środku kuchni. Wzięła szklankę z piciem i od razu ją przechyliła. 
- Jeszcze nigdy nie piłam tak przepysznej lemoniady - rzekła, wycierając twarz rękawkiem bluzki. Thom pogłaskał ją po jasnej głowie, czochrając przy okazji jej włosy. 
- Chodź, pokaże ci twój pokój - to rzekłszy, ujął ją w pasie i przyciągnął do siebie. Wspięli się po schodach na górę i skręcili w prawo. Minęli czworo drzwi, jednak dopiero piąte okazały się być pokojem Vivien. Wujek kazał zamknąć jej oczy, a następnie wprowadził ją do środka. Ustawił w odpowiednim miejscu i powiedział, że może znów otworzyć oczy. Pierwszą reakcją Aniser był pisk. Nie był to jednak wrzask lub krzyk przerażenia, nie. Był to pisk kogoś tak uradowanego, że nie wie, jak inaczej wyrazić to, co czuje. Zielonooka skoczyła na Thomasa i pocałowała go w policzek, a on mocno przycisnął ją do siebie.
- Nie wiedziałem, czy ci się spodoba - rzekł po chwili, gdy Viv się uspokoiła. - Najwidoczniej trafiłem w twój gust. 
- Mieszkałam w małym, kwadratowym pokoju z białymi ścianami i skrzypiącym łóżkiem. Była jeszcze szafka wyjedzona do połowy przez termity. Nigdy nie wyobrażałam sobie, że mogę zamieszkać w takim PIĘKNYM miejscu - pisnęła raz jeszcze, rzucając się na łóżko. 
- Około 19:30 powinna być kolacja, więc proszę, zejdź na dół. 
   Vivien kiwnęła tylko głową i zanurzyła twarz w pachnącej kołdrze.
   Pokój był naprawdę prześliczny. Ściany miały jasno-morski kolor, okna rozpościerały się na wschodniej części, łóżko było wysokie, a przy ścianie znajdowała się cudowna toaletka, taka, o której Vivien zawsze marzyła. Szafa schowana była w ścianie, a biurko przylegało do ściany i było tak długie, jak ona. Na środku pokoju był dywan, który lekko stawał się jaśniejszy, gdy tylko przejechało się kilka razy po nim ręką. Vivien usiadła na krańcu łóżka i ścisnęła mocniej dłonie. Jedynym zmartwieniem, jakie teraz miała w głowie to to, że to wszystko może okazać się tylko snem. 
                                                                 ***
   Vivien i Thomas siedzieli przy barku, zajadając się soczystym kurczakiem z frytkami. Viv miała do picia sok pomarańczowy, a Thom popijał danie lampką wytrawnego czerwonego wina. 
- Pokój ci się podoba? - spytał, by przerwać męczącą go ciszę. 
- Wszystko mi się tu podoba - odparła siostrzenica, oblizując tłuste palce. Wujek zaczął sprzątać, a blondynka siedziała na wysokim krześle, opierając łokcie na stole. 
- Gdzie byłeś przez piętnaście lat? - rzuciła nagle, ni stąd, ni zowąd. Thom jednak nie odpowiedział od razu. Wciąż zajmował się sprzątaniem po kolacji; wkładaniem naczyń do zmywarki, wycieraniem blatu. Dopiero po chwili podszedł do Vivien i przycisnął jej twarz do swej klatki piersiowej. Zbliżył usta do jej ucha i wyszeptał.
- Na wszystko przyjdzie pora. 
   Przejechał dłonią po jej kręgosłupie i poszedł do swej sypialni, a ją przeszły tysiące ciarek. Wypuściła powietrze z płuc i poszła na górę, gasząc za sobą światło. 
   Była tak zmęczona, że postanowiła umyć się bardzo szybko. Weszła pod prysznic i w ciągu dziesięciu minut umyła włosy i ciało. Powoli przebierając nogami, przeszła z łazienki do pokoju i wyciągnęła z walizki piżamę. Już miała zamiar ją ubrać, gdy nagle instynkt, lub coś innego, kazało jej otworzyć szafę. Ku jej zdumieniu znajdowało się tam mnóstwo ubrań, między innymi piżama, którą potrzebowała właśnie w tej chwili. Ubrała jedwabne spodnie i bluzkę w kolorze ciemnej zieleni i weszła pod ciepłą kołdrę. 
   Zasypiała z głową pełną milionów pytań. Wiedziała, że na większość z nich nigdy nie pozna odpowiedzi, ale musiała chociaż spróbować. Jednak wujek nieskory był do tego, aby odpowiadać teraz na jakiekolwiek jej pytania. Oby odpowiedział na nie kiedy indziej, jak przyjdzie odpowiednia pora. 

czwartek, 3 stycznia 2013

002

   Vivien musiała usiąść. Gdyby tego nie zrobiła, pewnie już leżałaby na podłodze nieprzytomna. Ręce zaczęły jej się trząść, więc ukryła je pod stołem. Starała się utrzymać obojętny wyraz twarzy, jednak nie potrafiła tego zrobić. Chyba nikt w życiu nie widział jej tak bardzo przejętej i zaskoczonej jak w tej chwili. Zawsze przy wszystkich starała się być twarda i wesoła, jednakże w tym momencie nawet nie miała zamiaru spróbować się uśmiechnąć. Nie miała siły ani ochoty. 
   Odnalazłam rodzinę., pomyślała. Jednak po chwili doszła do wniosku, że to rodzina odnalazła ją. W jej głowie kłębiło się tysiące myśli, lecz powstrzymała się od wybuchnięcia i zadania ich wszystkich naraz. Najpierw położyła na stół kartę adopcyjną i oparła się wygodnie o oparcie krzesła, jakby wcale nie przejmowała się zaistniałą sytuacją. 
   Thomas przez cały czas nie spuszczał jej z oczu. Przyglądał się każdym jej najmniejszym i najdrobniejszym ruchom. Gdy położyła kartę na stół, wziął ją do ręki i ponownie przeczytał. W prawym dolnym rogu widniał jego podpis, który złożył z samego rana, gdy Vivien była jeszcze zamknięta w izolatce. Złożył kartkę i wsadził ją do kieszeni kurtki. 
- Twoje rzeczy zostały już spakowane - rzekł niskim, przyjemnym głosem. Choć wyglądał na surowego mężczyznę, dźwięk jego głosu był kojący. Oboje w tym samym czasie zerknęli na dwa pudła, które stały obok drzwi, którymi Vivien nigdy nie wychodziła i tak naprawdę nigdy nie miała wyjść. Wmawiała sobie, że zostanie tutaj, aż nie zostanie pełnoletnia. A teraz wszystko się zmieniło. Nic nie będzie już takie, jak kiedyś. 
- Chodź - powiedział Thomas, wstając i ubierając płaszcz. Pod jego płaszczem wisiał czerwony, mniejszy. Pasowałby na nastolatkę... Na podłodze leżały brązowe kozaczki, które miały taki rozmiar jak noga Aniser. Mimowolnie się uśmiechnęła zgadując, że to należy teraz do niej. 
- Myślę, że raczej nie będziesz się z nikim żegnać - dodał Thomas, rzucając siostrzenicy płaszcz. Vivien pokręciła głową i ubrała płaszcz. Jej wujek wyszedł już na zewnątrz, zabierając wszystkie jej rzeczy. Ona powoli, wcale się nie spiesząc, zawiązywała buty. Przeczesała palcami włosy i wyszła na zewnątrz, zamykając za sobą drzwi.

                                                                 *** 

   Zimny podmuch wiatru targał blond włosami nastolatki, która stała przed sierocińcem i spoglądała na zżółknięte liście. Zaczynał się październik. Ciemne chmury okryły niebo, zakryły słońce i całe miasto. Vivien wdychała świeże powietrze, gdy nagle poczuła na ramieniu silny uścisk. Nie taki, który za każdym razem czuła, gdy stała obok niej Siostra Judy. Był to ciepły uścisk wujka.
- Samochód już czeka - rzekł, a Viv poczuła się jak ktoś wyjątkowy. Lekko się zarumieniła. Pośpiesznym krokiem poszła za wujkiem, wsiadając do czarnego Jeepa. Usiadła na przednim siedzeniu, delektując się miękkim siedzeniem. Thomas ruszył bezgłośnie, oddalając się od sierocińca. Vivien dopiero po chwili zorientowała się, że jej wujek mieszka poza obrzeżami miasta.
- Gdzie mieszkasz? - spytała.
- Brawo. Odezwałaś się pierwszy raz - zaśmiał się Thomas. - W Laxred, obok jeziora. Dom znajduje się na skraju lasu. Lubię ciszę i spokój. 
  Vivien uśmiechnęła się lekko. Minęło zaledwie dwadzieścia minut, a Jeep zatrzymała się przed wielką posiadłością rodziny Aniser. Thoms zatrzymał samochód i wysiadł, wyciągając bagaże Vivien i zanosząc je do domu. Blondynka jednak nie chciała się tak spieszyć. Powoli kroczyła po wybrukowanej nawierzchni, wdychając zapach drzew. Spojrzała na dom i uśmiechnęła się w duchu, zaczęła skakać i piszczeć. Wreszcie miała swój dom, kogoś bliskiego. Jedna łza spłynęła po jej policzku, jednak szybko ją starła i ruszyła w stronę willi. 

piątek, 28 grudnia 2012

001

   Zielone oczy prześwietlały cały pokój, łącznie z twarzami młodego małżeństwa. Siedzieli oni blisko siebie, trzymając się za ręce i gorączkowo spoglądając na dziewczynę siedzącą przed nimi. Nagle drzwi sali otworzyły się z hukiem i stanęła w nich wysoka, chuda zakonnica w czarnym habicie. Położyła dłoń na ramieniu dziewczyny i skinieniem głowy pokazała na małżeństwo.
- Mów - wyszeptała, zaciskając mocniej palce i wbijając w jej skórę paznokcie. Zielonooka odchrząknęła głośno i ułożyła dłonie równo obok siebie na stole.
- Ma godność to Vivien Aniser. Skończyłam lat piętnaście. W sierocińcu znajduję się odkąd pamiętam, czyli od zawsze.
   Mężczyzna siedzący przed Vivien uśmiechnął się szeroko i ujął jej dłoń w swe ciepłe ręce.
- Interesuję się także zjawiskami nadprzyrodzonymi - dodała, uśmiechając się do małżeństwa. Zakonnica westchnęła ciężko i usiadła na krześle obok dziewczyny.
- Słucham? - spytała lekko zszokowana kobieta. Spojrzała na swego męża i odciągnęła jego ręce od Vivien. Ta przygryzła lekko dolną wargę i kątek oka zerknęła na szafę stojącą obok. Nie minęło nawet pięć sekund, a drzwiczki szafy z wielkim trzaskiem otworzyły się na oścież. Małżeństwo momentalnie poderwało się na równe nogi.
- Chciała nam pani wcisnąć tego potwora?! - krzyknęła kobieta, ubierając płaszcz. - Oburzające.
   Na sam koniec prychnęła głośno i wyszła z pokoju za swoim mężem. Vivien uśmiechnęła się szeroko i chciała wstać, gdy zakonnica chwyciła ją za przegub i pociągnęła w dół. Spojrzała szarymi oczami na jej uśmiechniętą twarz, zacisnęła mocno wargi i z całych sił uderzyła ją w blady policzek. Powoli zaczął odciskać się na nim ślad jej ręki, który z każdą minutą robił się coraz to bardziej różowy.
- Kiedyś ten uśmieszek zejdzie ci z twarzy - rzekła zakonnica, podnosząc się z miejsca. Chwyciła Vivien za łokieć i podciągnęła ją ku sobie.
- Może kiedyś... - wyszeptała do siebie Vivien.
- Resztę dnia i noc spędzisz w izolatce - powiedziała z wyższością zakonnica, wyprowadzając ją z pokoju i wchodząc na górę po schodach. Co kilka kroków stopnie przeraźliwie skrzypiały, a pod nogami można było  czuć jak lekko uginają się pod ciężarem ciała.
   Po chwili doszły do małych, cisowych drzwiczek. Zakonnica wyciągnęła z kieszeni pęk kluczy, wśród nich wyszukała najmniejszy i wsadziła go do zamka. Przekręciła go trzy razy w prawo i wrzuciła do środka Viv. Dziewczyna uderzyła głową o za niski sufit, lecz wciąż się uśmiechała. Puściła oczko do zakonnicy, która zatrzasnęła drzwiczki z ogromnym hukiem. Dopiero, gdy Vivien była sama, nie musiała się wciąż uśmiechać. Ściągnęła maskę radości i rzuciła nią w kąt. Skuliła się w kłębek i zamknęła powieki. Nienawidziła tego pokoju. Tylko tutaj nie mogła uprawiać magii, która ratowała ją przed zwariowaniem w tym miejscu. W głębi duszy chciałaby także, aby ktoś ją "uratował", ale nikt się nie nadawał. Ona to czuła. Położyła się na podłodze i usnęła, bardzo szybko.
   Nastał ranek. Następny dzień. Vivien nie dostała ani kolacji, ani śniadania. To miała być część kary. Po południu usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. Stanęła w nich najmłodsza z zakonnic, Mary. Kobieta podała je dłoń i pomogła wstać.
- Masz gościa - rzekła cicho, schodząc z Viv po schodach. Dziewczyna zdziwiona uniosła brwi i otworzyła usta, aby coś powiedzieć, jednak zrezygnowała, gdy przy drzwiach ujrzała przełożoną Judy. Trzymała w ręku świstek papieru, który podała jej, gdy wchodziła do pokoju. Vivien nawet się nie uśmiechnęła, sprawiając tym samym Judy wielką satysfakcję. Była zbyt zdziwiona faktem, że ktoś chcę ją zobaczyć.
   Zerknęła na kartkę, gdy zamknęły się za nią drzwi. Potwierdzenie adopcji. Aż zakręciło się jej w głowie. Nie zwróciła uwagi na mężczyznę siedzącego przy stole. Podeszła do niego i odruchowo podała mu dłoń, którą on lekko potrząsnął. Vivien poczuła dziwne łaskotanie w dłoni, takie, którego nigdy nie czuła.
- Nazywam się Thomas Aniser. Jestem twoim wujkiem.

Prolog

Vivien Aniser to dziewczyna o nadprzyrodzonych zdolnościach, która od urodzenia znajduje się w sierocińcu. Pewnego dnia ktoś pragnie ją adoptować, nie zważając na jej dziwactwa. Zapisuje ją do szkoły, która znajduje się w niebie. Dziewczyna poznaje przyjaciół i miłość. Jednak na drodze staje jej zło, z którym będzie musiała sobie poradzić.