- Mów - wyszeptała, zaciskając mocniej palce i wbijając w jej skórę paznokcie. Zielonooka odchrząknęła głośno i ułożyła dłonie równo obok siebie na stole.
- Ma godność to Vivien Aniser. Skończyłam lat piętnaście. W sierocińcu znajduję się odkąd pamiętam, czyli od zawsze.
Mężczyzna siedzący przed Vivien uśmiechnął się szeroko i ujął jej dłoń w swe ciepłe ręce.
- Interesuję się także zjawiskami nadprzyrodzonymi - dodała, uśmiechając się do małżeństwa. Zakonnica westchnęła ciężko i usiadła na krześle obok dziewczyny.
- Słucham? - spytała lekko zszokowana kobieta. Spojrzała na swego męża i odciągnęła jego ręce od Vivien. Ta przygryzła lekko dolną wargę i kątek oka zerknęła na szafę stojącą obok. Nie minęło nawet pięć sekund, a drzwiczki szafy z wielkim trzaskiem otworzyły się na oścież. Małżeństwo momentalnie poderwało się na równe nogi.
- Chciała nam pani wcisnąć tego potwora?! - krzyknęła kobieta, ubierając płaszcz. - Oburzające.
Na sam koniec prychnęła głośno i wyszła z pokoju za swoim mężem. Vivien uśmiechnęła się szeroko i chciała wstać, gdy zakonnica chwyciła ją za przegub i pociągnęła w dół. Spojrzała szarymi oczami na jej uśmiechniętą twarz, zacisnęła mocno wargi i z całych sił uderzyła ją w blady policzek. Powoli zaczął odciskać się na nim ślad jej ręki, który z każdą minutą robił się coraz to bardziej różowy.
- Kiedyś ten uśmieszek zejdzie ci z twarzy - rzekła zakonnica, podnosząc się z miejsca. Chwyciła Vivien za łokieć i podciągnęła ją ku sobie.
- Może kiedyś... - wyszeptała do siebie Vivien.
- Resztę dnia i noc spędzisz w izolatce - powiedziała z wyższością zakonnica, wyprowadzając ją z pokoju i wchodząc na górę po schodach. Co kilka kroków stopnie przeraźliwie skrzypiały, a pod nogami można było czuć jak lekko uginają się pod ciężarem ciała.
Po chwili doszły do małych, cisowych drzwiczek. Zakonnica wyciągnęła z kieszeni pęk kluczy, wśród nich wyszukała najmniejszy i wsadziła go do zamka. Przekręciła go trzy razy w prawo i wrzuciła do środka Viv. Dziewczyna uderzyła głową o za niski sufit, lecz wciąż się uśmiechała. Puściła oczko do zakonnicy, która zatrzasnęła drzwiczki z ogromnym hukiem. Dopiero, gdy Vivien była sama, nie musiała się wciąż uśmiechać. Ściągnęła maskę radości i rzuciła nią w kąt. Skuliła się w kłębek i zamknęła powieki. Nienawidziła tego pokoju. Tylko tutaj nie mogła uprawiać magii, która ratowała ją przed zwariowaniem w tym miejscu. W głębi duszy chciałaby także, aby ktoś ją "uratował", ale nikt się nie nadawał. Ona to czuła. Położyła się na podłodze i usnęła, bardzo szybko.
Nastał ranek. Następny dzień. Vivien nie dostała ani kolacji, ani śniadania. To miała być część kary. Po południu usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. Stanęła w nich najmłodsza z zakonnic, Mary. Kobieta podała je dłoń i pomogła wstać.
- Masz gościa - rzekła cicho, schodząc z Viv po schodach. Dziewczyna zdziwiona uniosła brwi i otworzyła usta, aby coś powiedzieć, jednak zrezygnowała, gdy przy drzwiach ujrzała przełożoną Judy. Trzymała w ręku świstek papieru, który podała jej, gdy wchodziła do pokoju. Vivien nawet się nie uśmiechnęła, sprawiając tym samym Judy wielką satysfakcję. Była zbyt zdziwiona faktem, że ktoś chcę ją zobaczyć.
Zerknęła na kartkę, gdy zamknęły się za nią drzwi. Potwierdzenie adopcji. Aż zakręciło się jej w głowie. Nie zwróciła uwagi na mężczyznę siedzącego przy stole. Podeszła do niego i odruchowo podała mu dłoń, którą on lekko potrząsnął. Vivien poczuła dziwne łaskotanie w dłoni, takie, którego nigdy nie czuła.
- Nazywam się Thomas Aniser. Jestem twoim wujkiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz