sobota, 12 stycznia 2013

004


  Minął tydzień. Spokojny, radosny tydzień w Laxred. Dla Vivien był to najlepszy i najpiękniejszy październik w całym życiu. Codziennie rano wstawała uśmiechnięta, wypoczęta i wiedziała, że na dole czeka już na nią śniadanie i wujek, który przywita ją mocnym uściskiem i pocałunkiem w czubek blond głowy. Jednak kiedyś ta sielanka musiała się skończyć. Czym prędzej, tym lepiej i będzie o wiele mniej cierpień.
   Vivien zeszła na dół, w długiej, szkarłatnej koszuli nocnej i usiadła przy barku, czekając na wujka, który dzisiaj nie czekał na nią tak, jak zwykle ze śniadaniem. Po chwili usłyszała trzask drzwi i odwróciła głowę w stronę hallu. Ujrzała tam Thomasa z granatowym plecakiem i szarą walizką.
- Co się dzieje? - spytała zdezorientowana. Thomas położył wszystko na ziemi i usiadł obok siostrzenicy.
- Myślę, że właśnie dzisiaj nadszedł czas, aby wszystko ci wyjaśnić.
   Zielonooka siedziała wyprostowana, lekko sparaliżowana, przysłuchując się opowieści wujka.
- Miałaś rok, gdy twoi rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Byłem wtedy twoją jedyną rodziną, ale wyrzekłem się jakichkolwiek praw do ciebie. Byłem młody i głupi, nie wiedziałem, co tak naprawdę robie. Po trzynastu latach zacząłem cię szukać, bo przypomniałem sobie, że w końcu twoje zdolności muszą się ukazać.
   Vivien otworzyła usta, ale Thomas położył na nich swój palec i mówił dalej.
- Wiedziałem, że skoro twoi rodzice mieli moc, ty także musisz ją posiadać. Odnalazłem cię dopiero po roku, przyglądałem ci się przez miesiąc i doszedłem do wniosku, że masz taką samą moc jak twój ojciec. Był październik, kiedy  postanowiłem cię zaadoptować.
- A po co ta walizka i plecak?
- Szkoła trwa już od półtora miesiąca, ale na pewno się zaklimatyzujesz. Tam profesorowie nauczą cię ważnych rzeczach o twojej mocy, samokontroli, obronie, historii...
   Musiał przerwać, bo zaczęło brakować mu tchu. Oparł się ręką o blat i oddychał głęboko.
- Dzisiaj o 12:00 autobus będzie na ciebie czekać przed domem. W roku szkolnym rzadko kiedy kursuje, ale dyrektor zrobił dla ciebie wyjątek. Teraz leć szybko się spakuj, weź najpotrzebniejsze rzeczy, a ja w tym czasie zrobię dla ciebie śniadanie.
- Nie jestem głodna - rzekła głucho i wstała, zabierając ze sobą na górę walizkę.
   Spakowała większość swojej szafy, w tym dwie sukienki wieczorowe. Na siebie ubrała brązowe spodnie, do tego przewiewną, kremową bluzkę. Włosy spięła w kok i zeszła na dół, gotowa i pachnąca.
- Kosmetyki także spakowałaś? - spytał na wejściu Thomas. Vivien pokiwała głową i usiadła na schodach. Czekała na autobus, który miał zabrać ją do szkoły dla dziwadeł.
- Ty także masz moc? - spytała nagle, gdy wujek wyjawił się z kuchni.
- Rozciągliwość - rzekł i stojąc u progu kuchni, rozciągnął  rękę i otworzył wejściowe drzwi. Blondynka zrobiła szeroko miną i lekko się uśmiechnęła, jednak od razu postanowiła to ukryć. Zerknęła w stronę drzwi i ujrzała żółty autobus czekający na nią przed domem. Nie była ani gotowa, ani nie miała chęci, aby do niego wejść.
- Tak będzie dla ciebie najlepiej. Nie bądź na mnie zła - rzekł Thomas, gdy jego siostrzenica wyszła już z domu, a on zabierał jej plecak. - Nie zapomnij o książkach - rzekł i podał jej go. Raz jeszcze mocno ucałował i przytulił. - Kiedyś będziesz mi dziękować.
- Może kiedyś - odrzekła i przypomniała jej się chwila, gdy to samo mówiła Siostrze Judy. Wtedy bardzo szybko nastało to "kiedyś". Weszła do autobusu, zarzuciła plecak przez jedno ramie i usiadła wygodnie. Nagle coś nią szarpnęło i zauważyła, że leci w powietrzu. Zerknęła przez okno i ujrzała swój dom, mały jak dla lalek Barbie i wujka, małego jak mrówka. Chociaż była na niego zła, nie potrafiła go nie kochać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz