Minął tydzień. Spokojny, radosny tydzień w Laxred. Dla Vivien był to
najlepszy i najpiękniejszy październik w całym życiu. Codziennie rano wstawała
uśmiechnięta, wypoczęta i wiedziała, że na dole czeka już na nią śniadanie i
wujek, który przywita ją mocnym uściskiem i pocałunkiem w czubek blond głowy.
Jednak kiedyś ta sielanka musiała się skończyć. Czym prędzej, tym lepiej i
będzie o wiele mniej cierpień.
Vivien zeszła na dół, w długiej, szkarłatnej koszuli nocnej i usiadła
przy barku, czekając na wujka, który dzisiaj nie czekał na nią tak, jak zwykle
ze śniadaniem. Po chwili usłyszała trzask drzwi i odwróciła głowę w stronę
hallu. Ujrzała tam Thomasa z granatowym plecakiem i szarą walizką.
- Co się dzieje? - spytała
zdezorientowana. Thomas położył wszystko na ziemi i usiadł obok siostrzenicy.
- Myślę, że właśnie dzisiaj
nadszedł czas, aby wszystko ci wyjaśnić.
Zielonooka siedziała wyprostowana, lekko sparaliżowana, przysłuchując
się opowieści wujka.
- Miałaś rok, gdy twoi rodzice
zginęli w wypadku samochodowym. Byłem wtedy twoją jedyną rodziną, ale wyrzekłem
się jakichkolwiek praw do ciebie. Byłem młody i głupi, nie wiedziałem, co tak
naprawdę robie. Po trzynastu latach zacząłem cię szukać, bo przypomniałem
sobie, że w końcu twoje zdolności muszą się ukazać.
Vivien otworzyła usta, ale Thomas położył na nich swój palec i mówił
dalej.
- Wiedziałem, że skoro twoi
rodzice mieli moc, ty także musisz ją posiadać. Odnalazłem cię dopiero po roku,
przyglądałem ci się przez miesiąc i doszedłem do wniosku, że masz taką samą moc
jak twój ojciec. Był październik, kiedy
postanowiłem cię zaadoptować.
- A po co ta walizka i plecak?
- Szkoła trwa już od półtora
miesiąca, ale na pewno się zaklimatyzujesz. Tam profesorowie nauczą cię ważnych
rzeczach o twojej mocy, samokontroli, obronie, historii...
Musiał przerwać, bo zaczęło brakować mu tchu. Oparł się ręką o blat i
oddychał głęboko.
- Dzisiaj o 12:00 autobus będzie
na ciebie czekać przed domem. W roku szkolnym rzadko kiedy kursuje, ale
dyrektor zrobił dla ciebie wyjątek. Teraz leć szybko się spakuj, weź
najpotrzebniejsze rzeczy, a ja w tym czasie zrobię dla ciebie śniadanie.
- Nie jestem głodna - rzekła
głucho i wstała, zabierając ze sobą na górę walizkę.
Spakowała większość swojej szafy, w tym dwie sukienki wieczorowe. Na
siebie ubrała brązowe spodnie, do tego przewiewną, kremową bluzkę. Włosy spięła
w kok i zeszła na dół, gotowa i pachnąca.
- Kosmetyki także spakowałaś? -
spytał na wejściu Thomas. Vivien pokiwała głową i usiadła na schodach. Czekała
na autobus, który miał zabrać ją do szkoły dla dziwadeł.
- Ty także masz moc? - spytała
nagle, gdy wujek wyjawił się z kuchni.
- Rozciągliwość - rzekł i stojąc u
progu kuchni, rozciągnął rękę i otworzył
wejściowe drzwi. Blondynka zrobiła szeroko miną i lekko się uśmiechnęła, jednak
od razu postanowiła to ukryć. Zerknęła w stronę drzwi i ujrzała żółty autobus
czekający na nią przed domem. Nie była ani gotowa, ani nie miała chęci, aby do
niego wejść.
- Tak będzie dla ciebie najlepiej.
Nie bądź na mnie zła - rzekł Thomas, gdy jego siostrzenica wyszła już z domu, a
on zabierał jej plecak. - Nie zapomnij o książkach - rzekł i podał jej go. Raz
jeszcze mocno ucałował i przytulił. - Kiedyś będziesz mi dziękować.
- Może kiedyś - odrzekła i
przypomniała jej się chwila, gdy to samo mówiła Siostrze Judy. Wtedy bardzo
szybko nastało to "kiedyś". Weszła do autobusu, zarzuciła plecak
przez jedno ramie i usiadła wygodnie. Nagle coś nią szarpnęło i zauważyła, że
leci w powietrzu. Zerknęła przez okno i ujrzała swój dom, mały jak dla lalek
Barbie i wujka, małego jak mrówka. Chociaż była na niego zła, nie potrafiła
go nie kochać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz